| ARCHIWUM PRASOWE |
| Zagłębie wygrywa w Bełchatowie. |
Piłka nożna. Poziom meczu rozczarował, ale nie zawiodło Zagłębie. Lubińscy piłkarze pokonali w wyjazdowym, hitowym meczu Orange Ekstraklasy GKS Bełchatów. Jedyną, zwycięska bramkę zdobył Maciej Iwański.
Dobrej gry w meczu na szczycie Orange Ekstraklasy było jak na lekarstwo. O wygranej mistrza Polski zadecydował błąd bełchatowskiego bramkarza, który przepuścił bardzo mocny strzał Macieja Iwańskiego z rzutu wolnego. Tyle tylko, że kopnięta z około 20 m piłka leciała w środek bramki, właśnie tam, gdzie stał Łukasz Sapela. Młody zawodnik wygrał rywalizację z kilkanaście lat starszym Piotrem Lechem, któremu PGE GKS zawdzięcza awans do rudy wstępnej Pucharu UEFA. - Bramkarz jest jak saper, myli się tylko raz, podobnie zresztą jak trener - podsumował Orest Lenczyk, szkoleniowiec wicemistrza Polski. Wcześniej lepsze wrażenie sprawiali piłkarze GKS-u, stwarzający więcej sytuacji do strzelenia gola. Najlepsze zmarnowali Tomasz Wróbel, Tomasz Jarzębowski i Dawid Nowak. Bełchatowianie byli groźni, kiedy dużo sił miał bardzo szybki Nowak. Lubińscy obrońcy nie mogli sobie z nim poradzić. Jednak im dłużej trwała gra, tym napastnik PGE GKS biegał wolniej, a na dodatek miał coraz mniejsze wsparcie u kolegów. Mariusz Ujek sprawiał wrażenie, jakby przez ostatni miesiąc grał co trzy dni - po każdym sprincie długo odpoczywał. Zupełnie niewidoczny był Wróbel, a najwięcej groźnych strzałów oddał Jarzębowski, który jest... defensywnym pomocnikiem. To pokazuje, że wicemistrz Polski ma kłopoty z grą w ataku. Zresztą w trzech ostatnich spotkaniach nie strzelił gola. Trudno się jednak dziwić, skoro w sobotę w podstawowej jedenastce było siedmiu zawodników defensywnych. I tak w porównaniu z poprzednimi spotkaniami trener Lenczyk zmienił ustawienie i po raz pierwszy w tym sezonie zagrał dwoma napastnikami. Chyba tego żałował: - Może gdybyśmy zagrali składem bardziej defensywnym, wynik byłby lepszy - zastanawiał się. - Mimo to stworzyliśmy sobie kilka sytuacji, ale zabrakło skuteczności. Zagłębie grało mniej efektownie, ale skuteczniej. Obrońcy mylili się częściej niż trzy dni wcześniej w Bukareszcie, ale w odróżnieniu od meczu ze Steauą w eliminacjach Ligi Mistrzów dobry dzień miał Michal Vaclavik. Inna sprawa, że zadanie ułatwiali mu bełchatowianie, strzelając zwykle prosto w niego. Ale z taką grą drużyna z Lubina ma małe szanse na obronę mistrzostwa Polski. Przede wszystkim ma kłopoty z napastnikami. Piotr Włodarczyk i Andre Nunes są kontuzjowani, Michał Chałbiński zaś zaliczył asystę, ale większa w tym zasługa Macieja Stolarczyka, który go sfaulował. Poza tym oddał jeden niecelny strzał i raz sam faulował. Bełchatowianie na początku ubiegłego tygodnia mieli badania, ich przeciwnicy zaś w środku tygodnia grali ze Steauą. Na boisku nie było tego widać - wręcz przeciwnie, to gospodarze sprawiali wrażenie bardziej zmęczonych. - To paradoks, ale dobry występ w Bukareszcie pozwolił chłopakom uwierzyć w siebie - twierdzi Rafał Ulatowski, asystent Czesława Michniewicza. Ten drugi dodał, że po odpadnięciu z Ligi Mistrzów jego drużyna leżała na łopatkach, ale podniosła się. - W krótkim czasie dwukrotnie pokonaliśmy GKS [wcześniej w spotkaniu o Superpuchar - red.], co znaczy, że jesteśmy lepsi - podsumował Michał Stasiak, stoper Zagłębia.
Dwugłos trenerów:
Orest Lenczyk, trener GKS: Nie pamiętam, żeby drużyna, której byłem trenerem, przegrała po takim golu. Nie mogę mieć pretensji do piłkarzy. Zabrakło nam dzisiaj skuteczności. Muszę powiedzieć, że Zagłębie było bardzo dobrze zorganizowane. My stworzyliśmy kilka sytuacji, po których przynajmniej jedna bramka powinna paść. Czesław Michniewicz, Trener Zagłębia: Cieszę się, że wygraliśmy z bardzo dobrym zespołem. Nie było nam łatwo. Musieliśmy przecież podnieść się po porażce ze Steauą. Cichym bohaterem meczu z Bełchatowem jest Michal Vaclavik. Wielu dziennikarzy obarczyło go winą za porażkę z Rumunami. To jednak jest bardzo dobry bramkarz.
GKS Bełchatów 0 (0)
Zagłębie Lubin 1 (0)
Bramka: Iwański (60, z rzutu wolnego)
GKS: Sapela - Herrera, Cecot, Stolarczyk Ż, Kowalczyk - Wróbel, Jarzębowski, Strąk, Popek Ż (71. Sanchez) - Ujek Ż (71. Costly), Nowak (81. Dziedzic Ż)
Zagłębie: Vaclavik - G. Bartczak Ż, Stasiak Ż, Arboleda, Gomes - Łobodziński, M. Bartczak, Goliński, Iwański (90. Jackiewicz), Pietroń (56. Kolendowicz) - Chałbiński
Mówi Robert Kolendowicz
Podbudowani psychicznie
Jacek Grabarski: Bardzo szybko zregenerowaliście się po meczu w Bukareszcie, bo na boisku prezentowaliście się lepiej od gospodarzy pod względem fizycznym...
Robert Kolendowicz: Bo jesteśmy dobrze przygotowani do sezonu (śmiech). A poważnie, to bardzo nam zależało, żeby po trzech porażkach z rzędu wreszcie wygrać. To zwycięstwo pozwoliło nam przede wszystkim odbudować się psychicznie, ale też nie tracimy już na początku sezonu dystansu do czołówki.
Z szatni słychać głośne śpiewy, to znaczy, że ten pojedynek miał dla was duże prestiżowe znaczenie?
Na pewno. Tym bardziej że spotkanie już na boisku miało swoją dramaturgię. Ale nie było w tym meczu dodatkowych podtekstów. I my, i piłkarze Bełchatowa znamy swoją wartość i nie musimy nikomu nic udowadniać. Po prostu walczyliśmy o zwycięstwo i punkty.
Ale w tym meczu mistrz nie zagrał wielkiej piłki...
Graliśmy na trudnym terenie i nie mogliśmy się rzucić na hura do ataku. Konsekwentnie staraliśmy się wypełniać założenia trenera, przede wszystkim nie pozwolić sobie na stratę gola. Tak jak mówię, zbyt dobrze znamy się z GKS, żeby pozwolić sobie na nonszalancką grę. W takich meczach liczy się przede wszystkim zwycięstwo. To, w jaki sposób jest ono odniesione, schodzi na dalszy plan.
Jarosław Bińczyk, Jacek Grabarski, Bełchatów
(źródło: http://www.gazeta.pl)
|
|
| |
|
|
|