| ARCHIWUM PRASOWE |
| Śląsk zremisował z GKS-em. |
Piłka nożna. Śląsk po niezwykle zaciętym spotkaniu tylko zremisował z GKS-em Katowice. Samym zaangażowaniem się nie wygrywa - analizował po meczu trener Tarasiewicz.
Ostatnie minuty spotkania niemal cały stadion obserwował na stojąco. Śląsk nacierał i za wszelką cenę chciał zdobyć zwycięskiego gola. Najpierw Vladimir Ćap minimalnie chybił zza pola karnego. Dochodziła już 90. minuta spotkania, kiedy zbyt słabe podanie obrońcy przejął Benjamin Imeh, ale w sytuacji sam na sam z bramkarzem gości trafił prosto w niego.
W doliczonym już czasie gry Śląsk miał rzut wolny. Do piłki podszedł Krzysztof Wołczek. Obrońca Śląska uderzył nad murem i Jacek Gorczyca tylko patrzył, jak piłka odbija się od poprzeczki, linii bramkowej i wychodzi w pole. Część kibiców zaczęła protestować, że był gol, ale powtórki w telewizji pokazały, że sędzia miał rację.
Kilka minut wcześniej idealną sytuację dla GKS-u miał Hubert Jaromin. Mając przed sobą tylko Radosława Janukiewicza i dużo czasu, aby dokładnie się przymierzyć, posłał jednak piłkę obok bramki. Później jeszcze strzałem głową z kilku metrów trafił w poprzeczkę.
- Z przebiegu meczu remis jest wynikiem sprawiedliwym. My mieliśmy swoje okazje i GKS też miał swoje - krótko podsumował spotkanie trener Ryszard Tarasiewicz.
Szkoleniowiec wrocławskiego zespołu nie miał powodów do radości. I nie chodzi o wynik, ale o postawę swojego zespołu w pierwszych 30 minutach spotkania. Nieoczekiwanie to nie Śląsk, ale goście mieli inicjatywę i byli groźniejszym zespołem. Już w trzeciej minucie w polu karnym do piłki doszedł Krzysztof Markowski i ładnie uderzył z woleja, ale na szczęście dla wrocławian trafił tylko w poprzeczkę.
Podopieczni Piotra Piekarczyka grali szybciej i dokładniej. Wystarczyło im kilka podań, aby dostać się pod pole karne Śląska. Tam najczęściej centrowali i niemal zawsze było niebezpiecznie, bowiem defensorzy gospodarzy nie spisywali się w pierwszej połowie najpewniej. Najbliższy zdobycia gola w tym fragmencie gry był aktywny Łukasz Wijas, ale piłka poszybowała tuż obok okienka bramki Janukiewicza.
Śląsk grał tylko jednym napastnikiem, Imehem, którego miał wspierać wbiegający z drugiej linii Krzysztof Ulatowski. Obrońcy grali długie piłki do Imeha, który strącał je głową do kolegów. Nie wychodziło to jednak najlepiej, bowiem w pierwszej połowie Śląsk praktycznie tylko raz zagroził bramce rywali, ale Marek Gancarczyk zamiast podawać, zdecydował się na strzał z ostrego kąta i trafił tylko w boczną siatkę.
Po przerwie Śląsk zaczął grać więcej piłką dokładniej i uzyskał przewagę. Doskonałą okazję do zdobycia bramki miał Imeh, ale po dośrodkowaniu Ćapa, będąc osiem metrów przed bramką, nie trafił głową w piłkę.
Spotkanie może nie obfitowało w składne akcje, ale walka była na całym boisku. Piłkarze nie szczędzili sobie nóg i co rusz dochodziło do ostrych starć. Dariusz Sztylka śmiało mógł w pierwszej połowie zostać upomniany czerwoną kartką, ale na szczęście sędzia go oszczędził.
- Jeżeli nie jest się w stanie wygrać meczu technicznie, to trzeba to zrobić fizycznie. Ten mecz ma jeden plus - pokazał, że jesteśmy dobrze przygotowani motorycznie do sezonu. Ale aby wygrywać, nie można liczyć tylko na stałe fragmenty gry i błędy rywali. Samym zaangażowaniem się nie wygrywa - analizował po meczu trener Tarasiewicz.
Na początku meczu doszło do niebezpiecznego zdarzenia, kiedy Robert Rosiński zderzył się z Piotrem Polczakiem. Zawodnik GKS-u padł na murawę i zaczął się dusić. Na szczęście szybka interwencja lekarzy zapobiegła tragedii.
Śląsk Wrocław - GKS Katowice 0:0
Śląsk: Janukiewicz - Wołczek, Wójcik, Socha, Ćap - M. Gancarczyk, Sztylka Ż, Rosiński (79. Szewczuk), Ulatowski (66. Dudek), J. Gancarczyk (55. Wan) - Imeh.
GKS: Gorczyca - Polczak (13. Wijas Ż), Markowski Ż, Kapias, Gajowski - Mielnik, Prasnal, Sroka, Krysiński - Jaromin (90. Sadowski), Kaliciak (79. Pasko).
Sędzia: Marcin Szrek (Kielce). Widzów: 5000.
Mariusz Wiśniewski
(źródło: http://www.gazeta.pl)
|
|
| |
|
|
|