| ARCHIWUM PRASOWE |
| Smutne dzieci z Korei. |
Dokument "Kim Ki Dok" wrocławskich twórców - Jolanty Krysowatej i Patryka Yoki, opowiada dawną tragiczną historię sierot z Korei Północnej, które trafiły na Dolny Śląsk w latach 50. W poniedziałek o 20.15 pokaże go pierwszy program TVP.
Film został zrealizowany na kanwie reportaży radiowych Krysowatej "Osieroceni" i "Portret Czerwieni". To właśnie za "Osieroconych" wrocławska dziennikarka dostała w 2003 roku prestiżową Prix Europa i Grand Press na Europejskim Festiwalu Mediów Elektronicznych, a za "Portret.." Grand Prix Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dokument opowiada o losach 1500 koreańskich sierot, które na prośbę Kim Ir Sena przyjechały do Polski z ogarniętej wojną Korei Północnej. Była to poufna akcja koordynowana na najwyższym szczeblu partyjnym. Część dzieci trafiła na osiem lat do Państwowego Ośrodka Wychowawczego w Ptakowicach koło Lwówka Śląskiego. Była wśród nich tytułowa bohaterka Kim Ki Dok.
Rozmowa z Jolantą Krysowatą*
Agnieszka Czajkowska: Jak znaleźliście tak fascynującą i zarazem chyba totalnie zapomnianą historię z czasów PRL-u?
Jolanta Krysowata: To Patryk Yoka w 2001 roku przez przypadek znalazł grób z dziwnym nazwiskiem na Cmentarzu Osobowickim. Był zarośnięty, tabliczka z datą i imieniem wisiała na kiju. Było wiadomo, że to grób 13-letniego dziecka. Patryk zadzwonił do mnie i powiedział, że jako dziennikarka na pewno dowiem się więcej. Nie było to łatwe. Badałam sprawę tego grobu przez dwa lata. Pracę utrudniała ustawa o ochronie danych osobowych. W końcu nie powiem jak, ale dotarłam do aktu zgonu tej dziewczynki. Był zalany, prawie nieczytelny, ale jakoś wyłowiłam z niego nazwisko lekarki, która się nią zajmowała. Okazało się, że to była mała Koreanka Kim Ki Dok, która zmarła na skazę krwotoczną. W tamtych czasach nie miała szans na przeżycie. Zaczęłam drążyć historię Kim. Dowiedziałam się o koreańskich sierotach, które dotarły do Polski. Zrobiłam o tym dwa reportaże radiowe, które odmieniły moje życie zawodowe, zebrałam za nie kilka nagród. Od początku chcieliśmy z Patrykiem nakręcić o tym film, ale mówili nam, że to niemodna historia.
Pobyt małych Koreańczyków w latach 50. objęty był tajemnicą. Trudno było dotrzeć do polskich bohaterów filmu?
Strasznie. Nieliczna grupa mieszka nadal w Polkowicach, ale oni nie wszystkich pamiętali. Szukaliśmy ludzi, którzy opiekowali się Koreańczykami, po całej Polsce. Mieliśmy jakieś stare zdjęcia, jakieś dokumenty. Mamy kilka notesów z adresami, krok po kroku udawało się dotrzeć do świadków i uczestników tamtych wydarzeń. Ci ludzie byli bardzo młodzi, kiedy ich oddelegowano do tej misji. Wielu wyjechało potem z Dolnego Śląska, kobiety wyszły za mąż i zmieniły nazwiska.
O tytułowej Kim Ki Dok w filmie mówi się niewiele, a jednak postanowiliście jej imieniem zatytułować swój dokument?
Na początku wszyscy, z którymi rozmawialiśmy, kłamali, że jej nie pamiętają. Ale trzeba mieć świadomość, że ci ludzie podpisali zobowiązanie, że nikomu o tych dzieciach nie będą opowiadać. Owszem, to było w latach 50., ale jak zjawiłam się u nich po tak długim czasie, to nadal mieli zapewne przed oczami panią dziennikarkę z PRL-u. Trochę to trwało, aż zyskałam ich zaufanie. Od jej grobu wszystko się zaczęło. Gdyby Patryk się nim wtedy nie zainteresował, nie byłoby tej historii. Dwa tygodnie później władze cmentarza chciały go zlikwidować: był zaniedbany, nikt za niego nie płacił. Ostatni ślad przestałby istnieć. Jest wiele takich historii, sztuką jest je zauważyć.
*Jolanta Krysowata - z wykształcenia pedagog, wybitna dziennikarka radiowa i telewizyjna.
Film Jolanty Krysowatej i Patryka Yoki "Kim Ki Dok" dziś o godz. 20.15 w TVP 1 w cyklu "Na własne oczy"
Agnieszka Czajkowska
(źródło: http://www.gazeta.pl)
|
|
| |
|
|
|