| ARCHIWUM PRASOWE |
| Kucharz na telefon. |
Gotowanie u kogoś to nie jest to zwykły catering, ale zabawa, spektakl - mówi Tomasz Krogulski, kucharz na telefon.
Aneta Augustyn: Gotuje Pan dla kogoś na wielkanocny stół?
Tomasz Krogulski: Pewna bizneswoman z podwrocławskich Radwanic jest tak zapracowana, że poprosiła o pomoc w przygotowaniu świątecznego śniadania i obiadu. Zrobię pieczeń z ligawy szpikowaną goździkami, sałatkę barcelońską, jajka faszerowane tuńczykiem z majonezem czosnkowym... Jeszcze nie ułożyłem całego menu, będę wymyślał na miejscu.
Zawsze Pan improwizuje?
Nie rozstaję się ze swoją teczką z przepisami, ale za każdym razem je modyfikuję albo wymyślam coś nowego. Codziennie coś mi przychodzi na myśl, więc gotuję i testuję na znajomych. Serce mi rośnie, jak widzę, że ludziom smakuje. Tak im przypadły do gustu moje pasztety, pstrągi z pietruszką, żeberka w kapuście, chateaubriand czy kaczka nadziewana wątróbką, że namówili mnie, żebym gotował na zamówienie.
Telefony się urywają?
Bez przesady, dopiero zacząłem się ogłaszać. Do tej pory prosili mnie o pomoc młodzi ludzie, głównie studenci. Robiłem u nich cannelloni ze szpinakiem i pangę w sosie z porów. Chyba smakowało, bo zamawiali po raz kolejny. Mam wielką przyjemność z gotowania u kogoś. Wtedy nie jest to zwykły catering, tylko zabawa, spektakl. Mogę gotować na urodzinach, prywatkach, wieczorach kawalerskich, zamkniętych imprezach.
Stała praca w restauracji nie jest pewniejsza?
Gotowałem w pensjonatach i restauracjach w Zieleńcu, Gdańsku, Ludwikowicach, szefowałem kuchni w sanatorium w Połczynie, ostatnio byłem krótko w Dworze Polskim we Wrocławiu. Nie lubię jednak być najemnikiem. Nie po to ma się talent i upodobanie do sztuki kulinarnej, żeby smażyć 200 naleśników na krokiety. Wtedy to już jest wyrobnictwo, a nie pasja.
Kiedy się objawiła?
Skończyłem szkołę kolejową, ale szybko uświadomiłem sobie, że minąłem się z powołaniem. Porzuciłem pracę na kolei i dziesięć lat temu zrobiłem kurs kucharski. Od tego czasu zajmuję się tym, o co mi w życiu chodziło. Kuchnia i muzyka, to moje dwie miłości. Gram na perkusji, gitarze basowej, klawiszach; byłem związany z wrocławską grupą Deszcz, komponowałem muzykę relaksacyjną dla sklepów feng shui. Mam takie ciche marzenie - symfonia kulinarna. Makłowicz podróżuje i gotuje, a ja bym grał i gotował.
Solówka między kapuśniakiem a pieczenią?
Tak żartują koledzy, ale wierzę, że mogłoby wyjść nieźle.
Popisowe danie?
Strogonow w sosie musztardowym. I dziczyzna na wszelkie sposoby: sarnina z boczkiem i jałowcem, zając z gruszkami... Lubię kuchnię fusion, mieszam smaki z różnych kultur.
Skąd pomysł na gastrokorepetycje?
Skoro mam doświadczenie, czemu nie podzielić się z innymi? Za 20 zł przez godzinę służę radami: klient może obserwować to, co robię i notować albo przyrządzać potrawy sam pod moje dyktando. Po świętach jestem umówiony z 32-latką, która w kuchni nic nie potrafi, a chce zabłysnąć przed mężem dwudaniowym obiadem z deserem. W końcu przez żołądek do serca.
Aneta Augustyn
(źródło: http://www.gazeta.pl)
|
|
| |
|
|
|